
Lada silniejszy
Lada silniejszy powiew wiatru go przewróci. Przewróci? Śmiech istny. Stoi już tak dwieście lat. Niejedno trzęsienie ziemi przetrzymał. Szofer, który z niewiarogodną zręcznością manewrując swą małą maszyną przywiózł nas tutaj, wyskoczył z wozu, by obejrzeć dziwoląg architekturalny. Zakrakał gardłowo, szybko, po swojemu. Powiada — objaśnił profesor Richter — że piętnaście lat jest szoferem w Kairze, a tego nigdy nie widział Nic w tem dziwnego, gdyż tu, na-odwrót, można spotkać wielu ludzi, co nigdy w życiu nie byli w europejskiej dzielnicy. Minarety przegradzają powrotną drogę ostrym wąskim cieniem, połamanym fantastycznie, pnącym się po ścianach. Prześwietlone widmowym blaskiem mury, w dzień zapewne brudne i zmurszałe, zdają się być teraz srebrzysto białą symfonją milczenia. Nazwa spadającej stromo w dół uliczki, wybrzuszonej muszrabijami, brzmi po arabsku: „uliczka nieprzyzwoitych dziewcząt europejskich". Uzasadnienia tej nazwy należy szukać w przeszłości, obecnie bowiem nic w niej europejskiego nie znajdziesz. Śpiący na dworze przy stosie pomarańcz przekupień otworzył oczy na głos motoru. Nie zmieniając leżącej pozycji, woła przekonywująco i śpiewnie: — Kupujcie pomarańcze, kupujcie! Pomarańcze słodkie jak oczy kochanki! Dzielnica Muski, mieszcząca osławione arabskie ,,suki" czyli bazary, nabita ciżbą niewiarogodnie kolorową, charakterystyczną, krzykliwą, pstrą, — rozgrzana słońcem, — bijąca w nozdrza kompleksem zapachów i smrodów silnym do zaczadzenia, — porywa oszołomionego wędrowca w swój niespokojny, hałaśliwy rytm. W zbitym, przelewającym się tłumie, jak wysepki w oceanie, sterczą nieruchomo goście kawiarniani; siedząc na ulicy na niskich stołkach, piją niewzruszenie kawę. Równie jak oni obojętni na nacisk przechodniów, balwierz i jego klienci sprawują na chodniku obrządek golarski. Ogłuszający, pośpieszny stukot młotków, młoteczków, bijących w drzewo lub miedź, sygnalizuje bliskość warsztatów, gdzie, siedząc w kuczki na ziemi, brodacze w turbanach, o twarzy zbójeckiej, robią napoczekaniu znane „specialites du Caire", skrzyneczki drewniane, wykładane kością, i przedmioty mosiężne, nabijane w misterny wzór srebrem. Tuż obok bursztyny, cybuchy, dywany, tkaniny, naszyjniki, bransolety na ręce i nogi, kolczyki, pierścienie, skarabeusze, wysuszone krokodylki, strusie jaja, trzewiki, suknie, szale, torby, fezy, zawoje, rzędy na wielbłądy, na osły, na konie. Lampy, świeczniki, noże, kindżały, broń, znów kawiarnie, golarnie, muzułmańskie różańce, i — nieodstępny atrybut każdego Egipcjanina w dobie letniej zarówno za czasów faraonowych jak dziś: zdobione, strojne miotełki z białego włosia, służące do odganiania much — dalej kadzidła, wonności, olejki, fałszywe wykopaliska. Naiwny turysto, który się tutaj niebacznie zabłąkasz! Ogłuszony krzykiem, odurzony zapachami, targany z trzech stron naraz, uchodź stąd lepiej co szybciej! Już jeden sprzedawca trzyma cię mocno za łokieć, drugi okadza, trzeci nasuwa na palec pierścień, wszyscy równocześnie wykrzykują w czterech językach europejskich cenę przedmiotu, dziesięćkroć wyższą od normalnej. Próbujesz się z nimi targować? Biada ci! Na to może się odważyć, ktokolwiek mieszka dziesięć lat w Egipcie. Nie mniej. Przeciętny turysta, coby nie czynił, wyda wszystkie piastry, jakie ma przy sobie, szczęśliwy, jeżeli ich nie wziął zbyt wiele, — i nakupi tandety. Ani się spostrzeże, kiedy w miejsce czarki, którą w jego oczach nakuwano srebrem, podsunięto fabryczną grubą imitację. Toż samo ze szkatułką nakładaną kością. Zaczem, przy wieczornym obiedzie w hotelu, miejscowi znawcy zgnębią go do reszty, wykazując dowodnie, że skarabeusz pochodzi z Berlina, a zawój szeika z Łodzi. Co do naszyjników, wszystkie prawie bez wyjątku robione są w Czechosłowacji. A gdy nawet bardziej energicznemu, uważnemu nabywcy uda się dostać przedmioty istotnie robione na miejscu, jakże są one licho wykonane, dalekie od dawnego wschodniego artyzmu! Zaraza pośpiechu i tandety ogarnęła „suki". Aby prędzej, aby taniej! Pradziad kilka, czasem kilkanaście lat ślęczał nad jedną mosiężną tacą. Cieniutkim rylcem rysował wzór, łowy królewskie, setki postaci ludzkich i zwierzęcych, zagubionych w zawiłym gąszczu ornamentu. Pracowicie w rysunek wkuwał srebrną nitkę, cienką jak najcieńsza przędza. Wnuk tę samą robotę chce dziś zrobić w tydzień, w dzień W miejsce bogatego rysunku — parę grubych ordynarnych sztrychów, naśladujących napisy Koranu, i gotowe. Dla kogo miałby się trudzić? Dla cudzoziemców, którzy się na tem zgoła nie poznają? I tak weźmie za swą tacę cenę nierównie wyższą, niż brał dziad.