
Tuż przy willi
Tuż przy willi, a raczej typowym dawnym pałacu arabskim, leży arabski ogród, który słusznie należałoby zwać ciemnikiem. Arab kryje się przed słońcem, toteż jego ogród jest całkowicie nakryty dachem z pnączy, jak altana. Wprost z domu szeroki cienisty tunel wiedzie do obszernego letnika, gdzie pod nakryciem chróstu i roślin rosną karłowe palmy i rzadkie okazy egzotycznych roślin. Stamtąd wąski, ryty w ziemi na półtora metra chodnik, równie kryty, o zboczach obsadzonych kwiatami, prowadzi do dusznej jamy-cieplarki, pełnej o tej porze kwiatów. Letnik, cieplarka, tunel i chodnik stanowią całość każdego arabskiego ogrodu, chociażby najwspanialszego. U samego progu pustynnych bezmiarów leży niewielki cmentarz, na którym spoczywa wielu moribundów europejskich, co przybyli tutaj w nadziei odroczenia śmiertelnego terminu i zwłoki nie uzyskali. Pomiędzy nimi, otaczany specjalną czcią ogólną, grób młodej dziewczyny, Polki, Róży Bobińskiej. Pomnik jest pretensjonalny i nieładny, bo czegóż na nim niema! I fotografja, i płaskorzeźba, i obrazek olejny, przedstawiający różę na pustyni. Lecz życie zmarłej tchnie niekłamaną wonią świętości, i niewątpliwie, prędzej czy później, Kościół zajmie się tą młodziutką postacią, by ją w poczet świętych wprowadzić. Poznając świadome, bohaterskie dzieje tej duchowej siostry Tereski z Lisieux, przypomina się mimowoli inny „święty", spotkany przed paru dniami, błędnym krokiem obłąkańca snujący się poprzez uliczki arabskiego Kairu także czczony. Dwie religje, dwa światy W wagonach duszący pył. Za oknami stojący prostopadle nad pociągiem księżyc i widmowa w jego poświacie pustynia. Raz po raz, jakby dla podkreślenia ogromu pustki, jak doskonały truc reżyserski w filmie, ciemnieje samotna postać: Beduin i wielbłąd. Mętne światełko — latarki, czy też skąpego ogniska. Nie wiedzieć. Wędrowcy to, czy strażnicy toru? O północy dobija pociąg do Kan-tary. W nozdrzach i oczach piasek. Podróżni wysiadają, pieszo zdążając do promu, który ma przewieźć przez kanał. Nad senną wodą o płaskich szpetnych brzegach niskie drewniane budynki stacyjne. Tu Afryka, a tam Azja. Naprawdę? Podobnie mogłaby wyglądać granica dwóch mazowieckich powiatów. Tu dłoń reżyserska zawiodła. Styk dwóch najstarszych części świata mija bez efektu. Niewątpliwie samotny słup, stojący na drodze zesłańców, z napisem Europa po jednej, a Azja po drugiej stronie, wywierał większe wrażenie. Zapchany ludźmi prom skrzypi. Dziwacznie odziany magik popisuje się sztukami. Z ust sypią mu się kurczęta, gdy dłonie chciwie sięgają po piastry. Latarnie nadbrzeżne sieją się mglisto poprzez pędzony z pustyni pył. Woda jest leniwa i zdaje się gęsta, raczej płynny piasek niż woda. Prom dobija. Półtoragodzinne korowody celne (a narzeka się na nasze!) i znów wagony, duszne, nagrzane, bardziej trzeszczące i rozklekotane od egipskich, i znów pustynia, pozornie nie mająca końca, naga i przerażająca, jak niesamowity krajobraz księżycowy wyklęty od Boga i przed wiekami zamarły, lub groźnie patetyczna strofa, kończąca nieśmiertelny dramat. Świt dnia, w którym pielgrzymka ma przybyć do Jerozolimy (w dzień śś. Męczenniczek Perpetui i Felicyty), — wytryska słońcem niby płonącą i od razu grzejącą rakietą. Nie masz już pustyni. Wokół rozkłada się żyzna Idumea, skąd był rodem Herod Wielki. Gaje pomarańczowe złocą się owocem. Na pagórkach zasobne kolon je żydowskie. Ziemia jest tłusta, czerwona. Oliwki szare. Kolonje? Kolonje przypominają zdała do złudzenia polskie zamożne folwarki. Ten sam sposób rozplanowania budynków, te same drogi, wysadzone topolą piramidalną Nie! Przecież cyprysem A nad strugami nie wierzba, lecz eukaliptus Mniejsza o to. Złudzenie zostaje. Czy to podobieństwo, nieuzasadnione klimatem, nie powstało stąd, iż założyciele ferm, ludzie, co w przeważającej ilości od pokoleń mieszkali w Polsce, nasiąkli jej aurą, przenieśli nieświadomie na nowy grunt nieco z oblicza poprzedniej niedocenianej ojczyzny? Lecz Idumea przemija, jak przeminęła pustynia. Roślinność znika raptownie. Wapienne zwietrzałe okruchy skał wyrastają z ziemi. Istne cmentarzyska głazów. Wśród nich mało różniące się od skał wioski arabskie, nędzne, szare, niedbale sklecone. To Judea. Spiętrzony wał zabiega barjerą: góry Judzkie. Gdy pociąg zbliży się ku nim, urwiste głazy, podebrane dołem, zdają się runąć za moment na dachy wagonów. Na wyrastającej tarasami skale, na odrobinie ziemi, wydartej w płonym trudzie i krwawym pocie, nieustającym wysiłkiem utrzymanej, srebrzą się popielate oliwki. Osady wiszą u skały jak jaskółcze gniazda. Wysokie mury, układane z kamienia, chronią maleńkie pólka, by nie uroniła się z nich bodaj odrobina ziemi. Dziesiąta dochodzi, gdy poprzez senny, klekoczący wagon, poprzez podróżnych osowiałym wzrokiem śledzących ten niegościnny, ubogi krajobraz, przebiegnie prąd elektryczny. Przeniknie, wszystkich poderwie na nogi. Bo ktoś woła, że na tamtych wzgórzach widać już Jerozolimę
||