||
Darmowe Pozycjonowanie

Jerozolima

Jerozolima?! Która? Nowa? Nie Nowa-Jeruzalem metodystów, zjawiająca się w obłokach, lecz ta, w której króluje wspaniały hotel King Dawid, pyszni się Y. M. C. A., błyszczą świetlnemi reklamami Bata, Singer i Michelin? Nie. Stara. Prawdziwa Jeruzalem, otoczona murem, którego najnowsze partje liczą sześćset lat, wyzierająca ku Jeruzalem nowej bramami Damasceńską, Jafską, Nową i Herodową. Ku tym bramom zbiega się labirynt uliczek, szerokich od półtora metra do trzech, dostępnych tylko dla pieszych i osłów, brukowanych nierównemi, ostremi a zarazem niewiarogodnie śliskiemi kamieniami, pędzących na łeb w dół, to pnących się mozolnie pod górę, ocienionych rozporami z drzewa, lub kamiennemi półłukami, mającemi jedne jak drugie na celu osłabiać efekt ewentualnego trzęsienia ziemi. Wszystkie domy budowane są z tego samego surowego kamienia, nieulegającego zmianom, że zaś i sposoby budowania pozostały te same, — przeto nowy dom, postawiony wczoraj, nie różni się w niczem od domu sprzed tysiąca lat. Stąpasz pośród nich jak we śnie, nie wiedząc zali to wiek dwudziesty, czy dziesiąty. Widziane z góry to miasto wygląda jak ulewa, strumień kamieni, z wynurzającemi się spośród szarych głazów minaretami i kopułami kościołów. Dachy są jednostajnie płaskie, służące przez pół roku za sypialnię, lub kopulaste, beczkowato, pierwotnie kamieniem zasklepione. Wiele uliczek, szczególnie bazary zamknięte są całkiem górą. W dole panuje ruch, gwar, zaduch i brud. Nogi ślizgają się po łajnie oślem. Jak skarb zaklęty złocą się w mroku ogromne szychty pomarańcz, przy nich w małych koszyczkach ziemniaki, drogie jak w Polsce pomarańcze. Bryły zeszłorocznych daktyli leżą na ziemi, pokryte kurzem. Przy nich lepkie placki, jarzyny, dewocjonalja, trzewiki, emaljowane garnki europejskie, wyroby z mosiądzu. Co krok kawiarnia. Na niskich wyplatanych łykiem palmowem stołeczkach, wystawionych na ulicę, siedzą brodacze, paląc nargile. Za cudzoziemcem biegnie chmara dzieci, skomląc nieśmiertelne: bakczisz! Niektóre śliczne, lecz podobnie jak w Egipcie większość ma chore, zaropiałe oczy. Na każdym zakręcie czekają żebracy. Straszni, owrzodzeni, czasem trędowaci. Wielu wyciąga dłonie bez palcy, pamiątka rządów tureckich, gdy za drobną kradzież obcinano palce. Okropne-mi kikutami szturchają przechodnia, by zwrócić na siebie uwagę. Czyściciele butów, czyhający przy ubranych paciorkami skrzynkach, chwytają bezceremonialnie za nogę. Na środku uliczki dwóch drabów w turbanach kończy ładować na osła ósmy worek mąki. Trzy z każdej strony, dwa w poprzek na grzbiecie. Cienkie nogi nieszczęsnego stworzenia, niewidzialnego pod ładunkiem, gną się, chwieją Zda się, że lada chwila upadnie. Nie upadnie. Jeden z drabów ciągnie go sprzodu, drugi wrzeszcząc popycha styłu. Obaj okładają kijem. Lecz z drogi! z drogi! Z wyniośle przymrużonemi oczami, strzykając przez zęby odniechcenia śliną, powiązane szeregiem suną wielbłądy, wypełniając sobą całą szerokość ulicy. Pokraczne, miękkie, ogromne kopyta rozpłaszczają się na nierównych kamieniach. Z leniejących boków lecą bure kłaki. Przeszły. Podpierający ściany tłum zwarł się na nowo. Objuczone nie gorzej osła, z jednem dzieckiem siedzącem okrakiem na ramieniu, drugiem uwiązanem w płachcie na plecach (płachta nie opiera się na szyi lecz na czole), z olbrzymim koszem wyładowanym ciężarem na głowie, ciągną kobiety. Drugi po ośle najnędzniejszy stwór Wschodu. Twarze mają zasłonięte całkowicie jednolitym czarnym kwefem. To pozwala zachować złudzenie co do ich urody. Obracając machinalnie w palcach nieodłączny bursztynowy różaniec, kroczą z powagą mężowie. Mieszkańcy miasta noszą fezy lub turbany, przybyli nomadzi — „keffije", czyli białą (u Beduinów czarną) chustę przytrzymaną obręczą podwójną albo potrójną: „egale". Dzielnica arabska, przeto z rzadka tylko i nieśmiało przesunie się Żyd, w barwnym jedwabnym chałacie i szerokiej lisiej czapie. Jak zjawa z innego świata zabieli się czasem skrzydło kornetu nad słodką pogodną twarzą siostry Inocenty z Domu Polskiego, śpieszącej do bazyliki, lub zaklekoczą sandały franciszkańskie. Białe węźlice, szorstki brunatny babit, tak miły i cenny jak razowy dobry chleb, którego posiada barwę. Z gwarnych uliczek bazaru skręcić można w odludne i puste. Rzekłbyś, nie mieszka tu nikt. Zwartym szeregiem stoją arabskie pałace z czternastego wieku, od tegoż czasu nieruszane, nie restaurowane. Przecudne dziedzińce służą za koczowisko dla fellachów, czasem Beduinów i wszelkich włóczęgów pustynnych.

||