||
Darmowe Pozycjonowanie

kasztel jest piękny

Cóż stąd, że kasztel jest piękny, warowny? Bez wahania, mściwy swej dusznej udręki cesarz każe podpiłować kolumny, otaczające dziedziniec, i zwalić je nań. Rozrzucić mury. Budować na nich twierdzę nową. Wysoki łuk, skąd prokonsul sprawiał sądy, wsiąknie częściowo w nowe ściany. Nie mają już co czcić chrześcijanie. I tak, pod zwałem spiłowanych kolumn, przeleżą płyty dziedzińca aż do roku 1932, gdy je odgrzebią zbożne ręce Panien Syjońskich. Z dziwnem, przejmującem wzruszeniem schodzi się do tych podziemi. Dziedziniec liczył powierzchni 160 mtr. kw. Dwadzieścia kolumn stało z każdej strony. Mury kasztelu wznoszone były modłą rzymską, bez zaprawy wapiennej, „na sucho", niewrażliwe na trzęsienia ziemi. Zamykająca dziedziniec droga, szerokości 15 m, wykładana płytami ukośnie żłobkowanemi, by konie się nie ślizgały, wchodziła pod potężną bramę o trzech łukach. Środkowy, 7 m szeroki, z płytami żłobkowanemi jak droga, przeznaczony dla ruchu konnego, dwa węższe boczne, o płytach gładkich, dla pieszych. W kącie leżą zwały kolumn, wielkie kamienne kule oblężnicze wagi 70 kg i fragmenty rzeźb. Płyty dziedzińca, wyszlifowane stopami, są gdzieniegdzie poryte zapewne nożem żołnierskim w rysunek gier, któremi legjoniści skracali sobie czas straży. Ciemnieją, jak gdyby nakreślone wczoraj ukośne kwadraty, podobne do tych, jakie chłopcy znaczą na chodnikach, by grać w „szewca" albo w „szubienicę". Dziesięć dołków po pięć w rzędzie, pracowicie wydłubanych, w które padały wyrzucone w górę kości, służyło do gry zwanej „astraga", dzisiaj jeszcze popularnej. Przy tych grach skupiali się żołnierze. Inni w zimne jerozolimskie noce grzali ręce przy ognisku rozłożonem pośrodku, którego ślad dotąd widnieje. A udręczony Chrystus stał opodal. Może na tej samej płycie, na której się znajdujemy? Może na sąsiedniej? Niezapomniane wrażenie, jakie sprawia Litho-strotos, czy nie dlatego jest tak silne, że dziedziniec ten pozostał sobą? Że uświęconych stopami Chrystusa kamieni nie okrywa marmur, złotogłów ani aksamit, że przechowała je ziemia surowe i niezmienione? A równocześnie, niezrozumiała dotąd topografja miejsca staje się jasną i prostą. Poprzednie zawiłe hieroglify — łatwą do odczytania księgą, a widownia największych zdarzeń globu rozkłada się jak przejrzysta mapa. Szczera ulga przenika serce wraz ze świadomością, że prawdziwa Via Dolorosa skryta jest głęboko w czystem wnętrzu uczciwej ziemi. Nie plami jej brud ani spojrzenie niczyje. Nie sprofanuje jej nikt, nie spowszednieje nikomu. Klasztor Panien Syjońskich posiada jeszcze dalsze tajemnice. Roboty przy Lithostrotos odkryły pod nim w znacznej głębokości obszerną cysternę, osiem metrów wysoką, dwadzieścia szeroką, a sto czterdzieści długą. Dwa tunele jak ramiona rozchodziły się z niej w dwie przeciwne strony. Oprócz nich liczne ścieki rynny, kute w skale i zaopatrzone w kamienne prymitywne filtry. Zadaniem ich było odprowadzać wodę do zbiornika, przeznaczonego jako rezerwa na czas oblężenia. Lecz dziś nie doprowadzają już nic. Spływają bezużyteczne, zawalone górą. Niewiadomo, jak daleko biegły rozchodzące się w dwie strony tunele. Jeden sięga obecnie pod meczet Omara, zapewne miał łączność z Salomonową świątynią, drugi zawalony jest rumowiem pod pobliskim klasztorem derwiszów. Według uczonych, cysterna ta, najstarszy zabytek palestyński, pochodzi z czasów Melchizedecha, gdy Jeruzalem nie była jeszcze sobą, ale pustynną warownią zwaną Solima. W zagadce kamiennej, labiryncie nawarstwiających się ruin, wieków i kultów, jakim stała się Jerozolima, — jednem z nielicznych miejsc świętych, których identyczność topograficzna nie była nigdy kwest jonowana, jest miejsce Ostatniej Wieczerzy, czyli tak zwany Wieczernik. Dom nieznanego wyznawcy, oddany Chrystusowi i Jego uczniom na ostatnią paschę, stał się w następstwie pierwszym i najczcigodniejszym kościołem chrześcijańskim, wspólnym domem modlitwy Apostołów i Bożej Matki. Dostojne mury tej budowli, nietknięte przy zniszczeniu Jerozolimy przez Tytusa, cesarzowa Helena, niestrudzona budowniczka kościołów, rozbudowała w świątynię. Właściwe ludziom pragnienie otoczenia splendorem ziemskim miejsc świętych — nie zawsze wychodziło tym miejscom na dobre. Dom byłby się ostał, może do dzisiaj. Świątynię zburzył doszczętnie Chosroes. Odbudowali ją krzyżowcy. Zniszczył częściowo Saladin. Napoły legendarny Robert, król Normanów, „z pychy znajomy i czarnego męstwa", w dobie najszczerszej skruchy i pokuty odkupił od Saracenów szczątki kościoła wraz z całą górą Syjon i oddał w wieczyste posiadanie i straż franciszkanom. Lecz wprędce, rzekome odnalezienie rzekomego grobu Dawida w obrębie Wieczernika posłużyło muzułmanom za pretekst do zerwania umowy, wygnania franciszkanów i zamiany kościoła na meczet Dawida, Nebi Daoud, do którego wstęp jest chrześcijanom wzbroniony.

||