||
Darmowe Pozycjonowanie

losy Palestyny

Gdy po wojnie rozstrzygały się losy Palestyny i tak łatwo można było zmienić ten stan rzeczy, nikt nie wspomniał zrabowanego kościoła, nikt nie zażądał zwrotu góry Syjon prawym właścicielom. Miejsce, gdzie powstały Najświętsze Misterja i dogmaty chrześcijaństwa, jest nadal niedostępne dla chrześcijan. Niedostępne, bo choć za drogą opłatą można uzyskać pozwolenie wejścia, żelazna barjera odcina miejsce, na którem mogą stać „niewierni", od reszty sali. Na pozostawionej im szczupłej przestrzeni nie wolno się zatrzymywać, nie wolno żadnym gestem zewnętrznym ujawnić modlitwy. Wzbroniony jest surowo przyklęk, znak krzyża, śpiew W głuchem milczeniu, pod bacznem okiem niechętnych, brodatych mułłów, z obliczem pałającem od wstydu, nie za siebie zaprawdę, lecz za całe chrześcijaństwo, pielgrzymi przechodzą. Gdy wzrok stara się spiesznie wchłonąć każdy szczegół niewielkiej salki, wzniesionej przez krzyżowców, odrestaurowanej w XIV w. przez franciszkanów, niezmienianej prawie odtąd — umysł daremnie usiłuje powiązać wielkie obrazy, dzieje, których ta mała przestrzeń, ten kwadrat skały zamkniętej czterema ścianami był świadkiem. W surowej budowie murów któż teraz rozpozna równo ciosane kamienie, będące częścią prawdziwej sali Wieczernika? Weszły w skład ich niezawodnie. Są tutaj, nieme i głuche świadki. One widziały. Łamanie Chleba Umywanie nóg Jan śpiący na piersi Mistrza i Judasz pytający: zali to ja, Panie? I chwalebne pojawienie zmartwychwstałego Chrystusa, i Tomasz niewierny, i wspólne modły Apostołów, i radosny cud Zielonych Świątek Wizje tych zdarzeń olbrzymich drżą niezatarcie w powietrzu, tamują oddech w piersi. Brodaty mułła podnosi się zniecierpliwiony. Natarczywie przypomina gestem, że tak długo zatrzymywać się nie wolno Tajemnica Chleba i Wina, Zielone Święta wonne tatarakiem, milszym niż rozsnute tutaj kadzidło arabskie, — i — ten postój, przynaglany, ukradkowy, darowany z łaski Zaprawdę, warto być w swojem przekonaniu panami świata! Naprzekór mulle, jeszcze, jeszcze chwilę. Chrystus, siedząc tu za stołem, nie miał przed sobą romańskiej kolumny ni nad głową gotyckiego sklepienia, lecz spojrzawszy w otwartą wnękę okienną, patrzył na widok ten sam, na który my spoglądamy. Miesiąc świecił. Blask jasnemi strugami spływał w dolinę Jozafata, zaś gaj na górze Oliwnej, przy sadybie Getsemani, zdawał się mrokiem stężałym. Ukochany gaj, ogrójec, jedyne miejsce, gdzie można było odetchnąć w cieniu drzew, oczy zmęczone jałowością kamiennej pustyni, kamiennych domów i murów, kamiennych ludzi — napaść drobiną zieleni, wspomnieć miłą Galileę. Pociągnięty czarem ostatniego ziemskiego wieczoru, zeszedł w dół tą samą drogą, którą my teraz schodzimy. Na stromej ścieżce kamienie sypią się z chrzęstem spod nóg, ku dolinie Jozafata. Dolinę wypełniają mogiły, wznoszone na mogiłach, spod których wyzierają jeszcze starsze groby. Mogiły porastają gęstym plonem zbocza góry. Niegdyś było ich jeszcze więcej, bo dolina była głębsza. Potok Cedron, dziś prawie wyschły, okraczony kamiennym mostkiem, pędził wówczas wartko w głębokim wądole. W ciągu wieków zasuły go kamienie, niesione z gór przez wodę, wypełniły, podniosły dno. Wśród mrowia grobów białych i niebieskich (barwa wyróżniająca żydowskie od muzułmańskich) sędziwa, niezgrabna kopułka, stojąca ponad potokiem, wskazywana jest jako grób Absalona. Trudno twierdzić, czy rzeczywiście kryje szczątki płochego syna Dawida, niemniej budowla ta jest bardzo stara i może pamiętać czasy żydowskie. Idąc na górę Oliwną, Chrystus widział ją, widział, tak jak my widzimy. Tuż pod kopułą grobu ciemnieje spory otwór, wyłamany przed wiekami przez poszukiwaczy skarbów. Każdy prawowierny żyd, przechodzący doliną, czuje się w obowiązku rzucić w ten otwór kamień, jako wyraz potępienia dla lekkomyślnego Absalona. Niełatwo trafić, bo grób jest wysoki. Kamienie odbijają się z łoskotem od ściany, niszcząc ostatnie resztki starych ornamentów, przekleństwem wciąż odnawianem mącąc spokój prochów sprzed trzech tysięcy lat. Rasa żydowska nie zna przebaczenia ani przedawnienia. Wszędobylska asfaltowa szosa, bezspornie arcypożyteczna i wygodna, lecz jakże złośliwie psująca nastrój i charakter krajobrazu, obiega górę w długich serpentynach. Ścieżka piesza pnie się wprost. Już wówczas była najkrótszą i najprostszą, przeto niewątpliwie Chrystus nią szedł. Gdy przystawał dla oddechu i oglądnął się za siebie, widział w poświacie miesięcznej bielejące morze głazów, nad którem rozsiadło się kamienne miasto, pyszne i jedyne w świecie, strzeżone murem warownym, potrójnym. Złota Brama, przez którą niedawno wjechał na oślicy, błyszczała w cieniu, jakg dyby przesiąknięta zorzą. (Dziś stoi martwa, zamurowana od wieków.) Ponad nią, ponad obecnym „murem płaczu" piętrzyły się szczyty najświętszej ze świątyń, przez Heroda zbudowanej na miejscu Salomonowej i Nehemjaszowej. Wiatr niósł od niej mdły cuch krwi, woń dokuczliwą, którą w dobie Świąt cały gród, stanowiący jedną wielką rzeźnię ofiar całopalnych, przesiąknięty był, niczem brama zorzą.

||