||
Darmowe Pozycjonowanie

Nowy Zakon

Odwracając się od tej woni, Twórca Nowego Zakonu szedł dalej wgórę. W cieniu oliwek, gdzie skałę okrywała cienka warstwa ziemi, kwitły zapewne tak jak dziś olbrzymie wonne fiołki i drobne różowe cyklameny. Drzewa oliwne podobne były do tych, które rosną wokół bazyliki, w prostej linji wnuki, może syny, Tamtych. Nie rąbał ich nikt. Same zamierały, z odwiecznych korzeni wypuszczając nowe pędy. Pędy skolei stały się ojcami. Korzeń jest ciągle ten sam. Pnie dzisiejsze są ze starości pokraczne, wiele-kroć wygięte, niepodobne do drzewa. Stały się twardą, chropowatą skałą o twardziźnie i dźwięku kamienia. Lecz zwisające gałęzie zielenią się jeszcze, jakgdyby pot Jego, co stał się jako krople krwie zbiegającej na ziemię, — wessany chciwie przez siatkę korzeni zapewnił im nieśmiertelność. Podobnie jak wieczernik, Getsemani było od pierwszych wieków przedmiotem szczególnej czci. Zwykłym tokiem wypadków jerozolimskich, cesarzowa Helena wzniosła tutaj bazylikę. Pośrodku, wśród pysznej posadzki mozaikowej, pozostawiona była naga szara skała, kamień, na którym modlił się Chrystus. Nieopodal — jakoby mógł kamieniem zacisnąć — mała kapliczka okrywała płytką grotę, w której zasnęli uczniowie, mając obciążone oczy. Świątynię Heleny, wielkiej budowniczki, zniszczył doszczętnie wielki burzyciel Chosroes. W większych rozmiarach, z górną wspaniałością odbudowali tytani-krzyżowcy. Lecz pod rumowiskiem nie umieli odnaleźć dawnego planu bazyliki, ni świętej skały. Wznieśli swój kościół więcej na prawo, w kierunku ukośnym. Zburzyli go doszczętnie Arabowie. Przed kilkunastu laty zaledwie, w czasie budowy obecnej świątyni, natrafiono przy uprzątaniu gruzów, o dwa metry poniżej poziomu kościoła krzyżowców, na mozaikową posadzkę pierwotnej bazyliki, na skałę, resztki murów i fundamenta. Dzisiejsza świątynia wzniosła się na nich. Czcigodne mury włączono w nowe. Z pietyzmem zachowano starą mozaikę, a przede wszystkiem przez półtora tysiąca lat skryty pod gruzami surowy, szary złom skalny, na którym Bóg modlił się i cierpiał jak człowiek. Piękny jest ten nowy kościół. Panują w nim prostota, spokój i powaga. Barwne światło sieje się przez okna, modłą starochrześcijańską drążone w płytach marmuru. Przez otwarte drzwi boczne, wiodące na wirydarz klasztorny, widać zieleń ogrodu, zwaliste pnie starych oliwek i wiotkie srebrne ich listowie. Pachną fiołki i lewkonje, kwitnące pospołu w franciszkańskim ogrodzie. Ponad Ogrojcem i doliną Jozafata, ponad potokiem i nieprzebaczonym grobem Absalona leży uroczysta cisza. Drepcząc w stłoczonej wskutek ciasnoty uliczki gromadzie, potykając się na nierównym a śliskim jak szkło bruku, darmo wypatruje się oczy do góry w upartem złudzeniu, że to Przeogromne, Niezmierne, musi być w górze. Wbrew temu oczekiwaniu, droga, wiodąca poprzez smrodliwe tłumne bazary, schodzi w dół i w dół, aż skręca na mały placyk, wyłożony wielkiemi płytami kamiennemi. Niegdyś otaczała go snadź kolumnada, lecz z kolumn pozostały tylko, zdradzające ich dawną wyniosłość, nasady. Plac był zapewne wielki, lecz zabudowały go domy. Narosły na nim jak grzyby, wdarły się jak natrętna pleśń. Spośród nich wydziera się wpół zagłuszona fasada. Podwójny romański portyk o linjach nieskazitelnych, szlachetnych. Koronkowy fryz, kuty w kamieniu, biegnie łukiem ponad niemi. Połowa wejścia jest zamurowana na ślepo cegłą, co zdążyła już nabrać wiekowej patyny, wyżej wnęki okienne podobnież cegła częściowo wypełnia. Z boku piękna loggia, a bezpośrednio nad nią szpetny, zielony, drewniany balkonik. Powyżej jakieś rusztowania, które już zdążyły zmurszeć, — ktoś coś chciał dźwignąć i zamiar porzucił, — powyżej utrącony trzon wieży zwalonej, powyżej strzelista, lecz połatana byle jak kopuła. Wszystko ścieśnione, zamknione domami-ruderami, włażącemi wprost na dach, na czcigodne mury. Po prawej stronie, za murem siedzisko Abisyńczyków, gnieżdżących się jak jaskółki w lepiankach uczepionych u zniekształconych przez nie budowli. Piętro nad piętrem, podwórko nad podwórkiem, aż znikł w nich dawno pierwotny plan gmachu. Górą, ponad chaos i nędzę, wystrzelają smukłe arkady, z drobnej bizantyńskiej, tak charakterystycznej cegły murowane. Dokąd prowadziły, co osłaniały? Niesposób już dzisiaj zrozumieć, jak nie wiadomo, co znaczy sędziwa niska kopułka, przyciężka, tchnąca starożytnością pradawną, uwięziona w smrodliwym kompleksie dachów, będących zarazem śmietnikiem. Lecz oto wrota połowicznego portyku otwarte. Już wszyscy wchodzą do wnętrza. Mijają, wzniesione o metr nad posadzkę, legowisko-barłóg, na którem paru drabów w fezach gra w kości. To muzułmanie... To stróże Bazyliki Grobu, posiadający od niej klucze, jak za rządów tureckich... Jeżeli cię to razi, pielgrzymie, jeżeliś się żachnął niemile zdziwiony, znać, żeś ledwo przybył do Jerozolimy. Ujrzysz tu rzeczy dziwniejsze. Na razie jednak, jeżeli możesz, jeżeli fala współtowarzyszy nie pociągnęła cię za sobą w głąb, zatrzymaj się choć chwilę, sam jeden, na tym zalanym słońcem, zacieśnionym placu.

||