||
Darmowe Pozycjonowanie

Muska

Więc też, próżen piastrów, wędrowiec po powrocie z Muski spogląda z żalem na swoje zakupy. Pozbawione uroku tła, barwnej gamy Wschodu, okazują się krzykliwem, bezwartościowem śmieciem. I człowiek czuje się zawiedziony, jak ów, co schowawszy do kieszeni złoto elfów, wrócił szczęśliwy do domu, sięgnął ręką i w miejsce złota znalazł nieco słomy Na małym placyku, na skrzyżowaniu uliczek, wokół wycieczki zbiera się natarczywy, natrętny tłum. Bakczisz! Bakczisz! Ręce wyciągnięte prosząco, oczy utkwione drapieżnie. Bakczisz! Bakczisz, monsieur, sir, panje, bariń, signore! Bakczisz! Gdy stłoczą się zbyt namolnie, obiegną zbyt ściśle, szybkim krokiem nadbiega policjant, wysoki, silny, ciemnolicy. Bez słowa, rzemiennymf świszczącym korbaczem (nahajką) zaczyna okładać gawiedź. Wali przez głowy, przez twarze, brutalnie, bezwzględnie, okropnie. Wali, jakby młócił cepem. Pracę ręki wspomaga nogą, kopiącą energicznie ludzkie zady. Tłum rozpierzcha się i śmieje Śmieje w głos. Zaledwie odejdzie policjant, do którego żalu nie żywią, powrócą znowu. Nikt, prócz naiwnego turysty, nie przejmuje się tak drobnem zajściem. Nie, nie wrócili. Pędzą w inną stronę. Nie przebity kłąb głów zbiera się wokół wynurzającej się z sąsiedniej uliczki wysokiej, chudej postaci. Długi, brudno biały chałat, takiż turban, błędny wzrok, nieprzytomne chwiejne kroki Kto to? Obłąkany, czyli „święty". Święty muzułmański. Czczony już za życia, — po śmierci, w grobie o białej kopule, stanie się strażnikiem opiekuńczym całej dzielnicy. Uśmiechając się jak sfinks, zataczając jak pijany, mamrocząc niezrozumiale pod nosem, „święty" przeszedł, zniknął wśród kramów. Tłum wrócił ku cudzoziemcom. Bakczisz! Bakczisz! Bakczisz. Czem byłaby wrzawa Muski, gdyby dołączyły do niej swój piskliwy chór kobiety ? Strach pomyśleć. Ale kobiety milczą. — „Jak noc czarna, jak noc cicha, jak noc niewidzialna" Choć liczne, nie biorą żadnego udziału w życiu ulicy. Przesuwają się, obciążone nadmiernemi ciężarami, przeważnie same ciężarne, w czarnych, zrudziałych, wyplamionych zasłonach, kryjących je po pięty, nędzne, niekształtne, brzydkie i ubogie, O, romantyczna legendo o piękności kobiet Wschodu — gdzieżeś?!. Na nieszczęsnych, wiedźmowa -tych stworach, snujących się po arabskich dzielnicach Kairu, znać przekleństwo muzułmanizmu, zdecydowanie odmawiającego kobiecie duszy. Niema w nich człowieczeństwa. Nie mają dumy, godności, odpowiedzialności. Schwytana na przestępku kobieta broni się stereotypowem: Skąd mogłam wiedzieć, czy to źle czy dobrze? Przecież ja jestem tylko kobieta Ja nie wiem Kobieta sądownie nie odpowiada. Jak za szkody poczynione przez psa lub osła, odpowiada jej właściciel — mąż. Wszak kobieta nie ma nawet prawa, ani potrzeby, modlić się! Do meczetu wchodzi tylko wtedy, jeżeli, dotknięta najstraszliwszem dla niej nieszczęściem i hańbą — bezpłodnością, opłaci drogo u imana pozwolenie przejścia wąskim przesmykiem między kazalnicą a ścianą, — co ma niechybnie i cudownie sprowadzić rychłe macierzyństwo. Poza tem wstęp do meczetu jest dla niej wzbroniony. W przeciwieństwie do tureckich, meczet arabski jest zawsze otwarty. Sklepieniem niebo. Wszak Arab pod dachem nie umie się modlić. Ani spoczywać. Przeto nad grobami sułtanów wiszą kosztowne opony skórzane, by zmarły nie wiedział nic o strzelistej ponad nim kopule i śnił, że śpi pod namiotem. Wspaniałe portyki, które, jak u Sułtan Has-san, biją niby wodotrysk jednym rzutem czterdzieści metrów wgórę i opadają cudownym gąszczem rzeźb stalaktytowych, — otwierają się na próżnię Za monumentalną ścianą, za drzwiami olbrzymów, oko spodziewa się ujrzeć majestatyczne wnętrza, kolumnady W miejsce tego szafir nieba, zalana słońcem przestrzeń. Ruchome plamy skrzydeł jastrzębich na marmurowej posadzce dziedzińca. Zasadę każdego arabskiego meczetu stanowią: Cztery potężne ściany, okalające dziedziniec. Pośrodku dziedzińca fontanna-studnia, służąca do rytualnych obmywań. W każdej ścianie wnęka. Największa, najpiękniejsza, skupiająca całe bogactwo i fantazję budowniczych, wnęka w ścianie świętej, ścianie skierowanej ku Mecce. Nieopodal kazalnica. W rogu ścian jeden lub dwa minarety. Z boku nakryta kopułą kaplica grobowa sułtana fundatora świątyni. To wszystko. U wejścia, u wnęk, od strzelistego sklepienia zwieszają się liczne łańcuchy. Niegdyś wisiały u nich lampy szklane z VII, VIII wieku, bezcenne. Ponieważ zaczęły masowo ginąć, wyprzedawane pono po cichu cudzoziemcom, rząd zabrał je do muzeum. Zobowiązał się zastąpić je nowemi, lecz tego dotąd nie wykonał. Strużki łańcuchów zwieszają się sieroce, a wieczorem jedynie księżyc oświetla pustkę starych sanktuarjów.

||