
Podobnie próżne są
Podobnie próżne są wielkie rzeźbione pulpity drewniane, na których spoczywały prastare księgi Koranu. Z ksiąg tych ciemne, chciwe mułły wydzierały karty, ozdobione minjaturami, i sprzedawały za łacny grosz pozbawionym skrupułów turyrystom. Okaleczone egzemplarze zabrano również do muzeum, zapominając — jak co do lamp — dać w ich miejsce nowe. Nie tylko jednak Koranów i lamp brakuje w meczetach Kairu. Nierównie bardziej rażącym jest brak wiernych, brak modlących się. Niezliczone świątynie, obliczone na olbrzymie rzesze, z których wspomniany już na przykład Ibn Tulun pokrywa powierzchnię 25000 mtr. kw. — stoją pustką. Jedyne, co je ożywia, odwiedza, to człapiący niezdarnie wielkiemi pantoflami turyści. Pustka i cisza leżą na wielkich dziedzińcach, okolonych murami z tysiąca i jednej nocy. Nikt nie klęczy przed świętą ścianą, patrzącą ku Mecce. Pustka i opuszczenie wieją z kaplic grobowych o ścianach cudownie zdobionych kamienną mozaiką, o genjalnie rozwiązanej architekturze. Kąty kwadratowej kaplicy są wgórze pod sklepieniem wypełnione rzeźbą, przechodzącą niedostrzegalnie w koło, i wsparta na nich okrągła kopuła nakrywa lekko czworobok budynku. Ale nikt oprócz turystów-cudzoziemców nie podziwia śmiałości techniki, wspaniałości i polotu starych mistrzów architektów. Z licznego szeregu zwiedzanych meczetów w jednym tylko znajdowało się paru modlących. Zwróceni twarzami w stronę Mekki, którą to stronę każdy muzułmanin, gdziekolwiek kby się znajdował, wyczuje instynktem, jak gołąb pocztowy swój dom, — klęcząc na swych kobierczykach modlitewnych, gięli się w pokłonach i skłonach, z nieruchomą twarzą, doskonale obojętni na przechodzącą mimo partję zwiedzających. Tuż za zwiedzającymi weszło jeszcze dwóch wiernych odprawić modlitwy. W fezach, ale ubrani po europejsku. Kobierczyki nieśli zwinięte pod pachą. Przy fontannie pośrodku dziedzińca odpięli kołnierzyki, ściągnęli trzewiki i przepocone skarpetki, by dokonać przepisowych ablucyj. Ale meczety budowane były dla tysięcy wiernych, i spotkana garstka nie mogła zatrzeć przejmującego wrażenia wiary, która ginie. Przeciwnie, podkreślała je raczej. — Czyż winniśmy się przejmować upadkiem mahometanizmu? — zapyta kto może, — czyż nie winniśmy się z niego raczej cieszyć? — Eh, nie. Byłby to pogląd bardzo krótkowzroczny. Widok Domu Bożego, Domu Modlitwy, opuszczonego przez wyznawców, jest zawsze bolesny, chociażby wyznawana w nim wiara nie była naszą wiarą, ani Bóg — naszem pojęciem Boga. Bo wierni, zapełniający niegdyś meczety, opuścili je, nie aby przyjąć wiarę prawdziwą, ale, by przestać się modlić w ogóle. W Kairze, prócz półtora tysiąca meczetów, znajduje się czczony przez cały świat mahometański uniwersytet teologiczny, akademja duchowna. Pobiera w nim naukę około 15 000 uczniów. Dziewięciuset profesorów w czarnych burnusach na białym chałacie, w białych turbanach z czarnem dnem, udziela im światła wiedzy. Jakiej? Uczestnik naszej pielgrzymki, uczony orjentalista i prawnik, ks. prof. Grabowski, zwiedził dokładnie tenże uniwersytet i otrzymał zezwolenie asystowania wykładom. Był obecny, gdy w wielkiej pięknej sali, o otwartych na dziedziniec arkadach, do siedzącego na katedrze z podwiniętemi nogami profesora podchodzili uczniowie, niejednokrotnie już starzy, całowali go ze czcią w rękę, za-czem długiemi, regularnemi rzędami zasiadali w kucki na ziemi i rozpoczynał się wykład. Wykład, jak wszystkie wykłady tej uczelni, polegał jedynie na nauce Koranu na pamięć. Cały Koran podzielony jest na szereg części. Student uczy się najpierw pierwszej. Na wyrywki, jak pacierza, za koleją i wspak. Gdy opanuje do tyla, że nawet przebudzony znagła nocą, nawet w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa potrafi bez ochyby powiedzieć, jakie słowo znajduje się w wierszu tym a tym strony tej a tej, — składa z tej umiejętności egzamin. Złożywszy pomyślnie, dostaje odpowiedni dyplom i, nie przerywając studjów nad dalszą częścią Koranu, ma już prawo być profesorem pierwszej. W ten sposób, powoli, mozolnie, pochłania święte księgi, zdobywa coraz wyższe stopnie, by nareszcie zostać doskonałym znawcą całego Koranu. Na tem polega muzułmańska wiedza teologiczna. W chwilach wolnych od bezmyślnego obkuwania pamięci toczą się dysputy nad komentarzami Koranu. W dysputach tych nie śmią znaleźć miejsca idee, poglądy, lub rzeczy, które nie były znane, lub były potępiane w VII wieku, epoce, w której skrystalizowała się ostatecznie całość Koranu. Bo świat — objaśnia uczony w piśmie profesor arabski stał wówczas na najwyższym punkcie, a wszystko, co zaszło od tego czasu, jest szkodliwą dekadencją, której nie uznajemy. — Więc na przykład Ameryka? — pyta ks. prof. Grabowski, zaskoczony tem wyznaniem. — Ameryka dla nas nie istnieje. — Pięknie. Jednakże istnienie jej jest faktem, stwierdzonym ponad wszelką wątpliwość. Jakże możecie go zatem negować? — My też nie negujemy, ale o nim nie mówimy.
||