||
Darmowe Pozycjonowanie

miljony wyznawców

I któż się potem zadziwi, że pustką stoją przepiękne meczety? Życie nie da się sztucznie zatrzymać. Że mahometanizm trzyma się mimo to silnie, przypisać należy jego doskonałemu przystosowaniu do psychiki ludzi Wschodu. Umiejętnie przezeń rozwijany fanatyczny nacjonalizm, wmawianie w ludzi ich przyrodzonej wyższości, jako „wiernych", nad wszystkiemi innemi narodami „niewiernemi", brak jakichkolwiek obowiązków. Przepisy Koranu są nieliczne i mało krępujące, a wszystkie w razie potrzeby łatwe do ominięcia. Oto np. w domu gościnnego Araba zebrali się przyjaciele. Radziby chętnie popić wina, którego używania Prorok surowo zabronił. Oni są prawowierni, nie obrażą Proroka. Lecz gospodarz stawia na stole miseczkę z drobnym śrutem ołowianym, nalewa kubki winem po brzegi, wstaje i, złożywszy klasyczne wyznanie wiary, rzecze uroczyście: Jeżeli wolą Allacha jest, abym tego wina nie pił, — niech ta kulka wypłynie nawierzch. Przy tych słowach on i obecni wrzucają do wina po jednej śrucinie. Śrucina nie wypływa Allach nie ma nic przeciw wypiciu wina. Allach jest wielki Bardziej jednak niż przez brak obowiązków, mahometanizm dogadza ludom Wschodu przez sprzyjanie ich bezprzykładnemu lenistwu. Jakże wygodnym, jakże miłym jest fatalizm, spokojne: co ma być, niech będzie, — dokonywane bez trudu, a poczytywane za zasługę, rezygnacyjne oczekiwanie losu! Szczytnie twórcza religja, jaką jest chrześcijaństwo, wymagająca ustawicznego wysiłku, napięcia, czujności, działania, upartego dążenia wzwyż, będąca antytezą kwietyzmu, przedstawia się im jako zabijająca mordęga. Więc choć puste są meczety, a teologowie muzułmańscy nie uznają nic, co wychodzi poza ramy wiedzy i pojęć średniowiecza, islam może jeszcze parę wieków utrzymać swoje miljony wyznawców. Charakterystycznym przykładem powyższego fatalizmu jest wielki meczet Mohamed Ali, wznoszący się ponad Kairem, ponad potężnemi murami cytadeli, wspierający niebo białemi iglicami minaretów. Stosunkowo nowy. Monumentalny. Pomyślany wieczyście, a już zarysowany, grożący zawaleniem. Jedna z iglic odchyla się podobno od pionu, — na murach rysy jak w bazylice wileńskiej. Na widok grożącego niebezpieczeństwa zaczęto gorączkowo szukać błędu budowy, czy wody zaskórnej, czy szczelin podziemnych. Odsłonięto fundamenta, poryto plac, otaczający gmach, rowami, — daremnie. Nic nie znaleziono. Wobec tego robót zaprzestano. Co ma być, niech będzie. Skoro wolą Allacha jest, by się meczet zawalił, niech się wali. Jeżeli runie rzeczywiście, ogólny widok Kairu utraci wiele ze swej charakterystycznej sylwetki. Biała kopuła wśród śmigłych strzał, górująca nad miastem, nad potężnemi murami cytadeli, jest wielce efektowna, choć z bliska nie wzbudza zachwytu. Jedyny to meczet w Kairze turecki, nie arabski (Mohamed Ali był Albańczykiem). Podobne do niego, lecz bez porównania piękniejsze zobaczymy w Stambule, wolne od naprzykrzających się tu domieszek przeróżnych stylów, do renesansu włącznie. Natomiast czarodziejsko pięknym, nienaśladowanym i jedynym w świecie jest roztaczający się sprzed meczetu widok na rozesłany wdole Kair, pióropusze palm, pustynię wchodzącą klinem omal w samo serce olbrzymiego miasta, szary, opuszczony przez wyznawców kwadrat dziedzińca meczetu Ibn-Tulun, las minaretów, zieleń soczystą Delty, — w przeciwnej zaś stronie, nad bezmiarem pustynnym, rudy tuman skłębiony, sunący ku miastu, — Samum. W rudym tumanie trójkąty piramid i niewidzialny, ale wyczuty łeb Sfinksa Tuż za cytadelą wzgórze drugie, wyższe, złączone z nią wąskim mostem kamiennym, i coś dziwnie bliskiego, swojego, nasuwa się myśli Ten most? Już był widziany oglądany Kędy? Ależ w Kamieńcu Podolskim! „Most turecki", taki sam, tylko znacznie szerszy Jeno, że tam budowali go jeńcy tureccy, a tu, może jeńcy polscy Okalające z dołu meczet, mury warowni są krzepkie i potężne. Wznosili je także jeńcy, — krzyżowcy. Poprawiali Mamelucy. Ostatni uzupełniał Napoleon, gdy bombardował stąd Kair. Główna, monumentalna brama twierdzy bywa otwierana tylko dla króla i wyższych dostojników wojskowych. Autocary z turystami wyjeżdżają bramą boczną. Poniżej cytadeli — więzienie. Widzimy z niego tylko długi, biały, ślepy, rozprażony słońcem mur. Na jednostajnej, posępnej płaszczyźnie białego muru, pylnej drogi, samotny, widny zdała, czarny punkt — kobieta. W czarnych zasłonach, wieczysta żałobnica, słania się pod martwą ścianą gestem beznadziejnej rozpaczy. Wygląda jak symbol, jak wizja malarska. Wicher, co nad pustynią unosił rude tumany, dociera i tutaj. Powietrze staje się duszne, pył wygryza oczy. Na szerokim majdanie, pokrytym grubą warstwą oślego i wielbłądziego nawozu, na którym bawią się i tarzają arabskie dzieci, wznoszą się szare obłoki kurzawy. Osłaniając oczy okularami, zdążamy drogą, która się zowie Ulicą Bram Górskich. Wiedzie przez pustkę, rumowie, bezładny na pozór chaos zrujnowanych minaretów, osuwających się kopuł. To groby potężnej niegdyś dynastji Mameluków, przed którymi drżała Europa. Ale dynastja około XVI wieku wymarła i nikt nekropolji minionych władców nie strzeże. Prześliczne meczety-mauzolea rozsypują się w gruz. Arabowie biorą z nich pięknie obrabiany kamień dla wznoszenia swoich nieudolnych kleci.

||