
Niektóre budowle
Niektóre budowle o ciekawie żebrowanych kopułach trzymają się jeszcze cało, i oto właśnie mułła zdąża ku jednej, by obwołać czas modlitwy. Przystanął, patrzy ciekawie na zwiedzających. Pocóżby miał się spieszyć? I tak nikt nie przyjdzie na jego wołanie modlić się w najbardziej opuszczonym z meczetów, pośrodku ciągnącego się na cztery kilometry nieskończonego cmentarzyska. Drogą ob-dartus w fezie prowadzi rozbrzęczany rower. Wgó-rze krążą jastrzębie. Kłapouche, bezrogie kozy skaczą z kamienia na kamień, beztroskie o dawne znaczenie spoczywających tu prochów. Pomiędzy wspaniałemi niegdyś pomnikami roją się gęsto zwykłe, skromne groby muzułmańskie. Prości śmiertelnicy wyzyskali pustą przestrzeń. Pomiędzy niemi liczne domki, mieszkalne domki arabskie, bez dachu. Cztery ściany, a grób pośrodku. Domki te raz w roku, w porze świąt Mi-sza-ban, trwających trzy dni Zaduszek muzułmańskich, są zamieszkane. Zamieszkane przez kobiety. Sprowadzają się tu one, odwiedzają wzajemnie, gotują sobie, jedzą. Nic nie robią. Odpoczywają. Toteż owe trzy dni, spędzone na starym cmentarzu, stanowią dla nich rozkoszne wytchnienie. Mniej efektowne od arabskiego jest Kairo chrześcijańskich Koptów, mniej zwiedzane i znane, jednak starsze i nam bliższe. Zaczyna się tuż za potężnym bastjonem rzymskim, jedyną pozostałością twierdzy zwanej Babilon, na której miejscu rozkłada się dzisiejsze miasto, co w czasach, gdy Rzymianie dźwigali swe kamienne łuki, było nic nieznaczącą osadą fellachów. Warowny rondel jest do dziś piękny i pełen mocy, choć wdzięk późno korynckich kapiteli nie może zatrzeć grozy kazamatów. Tuż za bastjonem otwiera się labirynt uliczek wąskich na półtora metra, surowych, pozbawionych ornamentacji arabskiej. Niegdyś każda z nich stanowiła odrębną całość, zamieszkałą przez ludzi jednego zawodu, i na noc zamykana była silną, w kamieniu osadzoną bramą. Niektóre z tych bram zamczystych, a raczej furtek, przechowały się do dzisiaj. W domach ciasnych i ubogich, pozbawionych powietrza i światła, gnieżdżą się Koptowie, prawowici i jedyni potomkowie dawnych Egipcjan, co przyjąwszy w pierwszych wiekach chrześcijaństwo, pozostali mu wierni mimo przyjścia Saracenów. Zepchnięci do roli najuboższego proletarjatu, są tymi, o których już przed wiekami mówiono, że Kopty jak ogród: im więcej ich się tnie, tem więcej rodzą. Toteż ciął ich bez litości, kto chciał: Rzymianie, Bizantyjczycy, muzułmanie. Ci ostatni nieco względnie, gdyż jedna z żon Mahometa była Koptyjką. „Między nami a ludem o włosach kręconych i ciemnej skórze — mawiał Prorok — zachodzi pokrewieństwo, a zatem przymierze". W przeciwieństwie jednak do innych zaleceń Proroka, to przykazanie zostało rychło zapomniane. Gwałty Arabów wywołały bunt zrozpaczonych Koptów. Stłumiono go tak krwawo i okrutnie, że — jak stwierdza kronikarz Makrisi: Bóg od tego czasu utrzymał Koptów w należytem posłuszeństwie Niepozorne, smutne domy, między któremi kroczy się w pyle jak w szczelinie skalnej, ciągną się monotonnym szeregiem, lecz oto — pchnięte nagle drzwi otwierają widok na najpiękniejszą baśń Wschodu. Czy dużo podobnych kryje się za niepozornemi murami? Zaklęty pałac, na którego dziedziniec wchodzimy, mieszczący obecnie Muzeum Koptyjskie, stanowił własność bogatego Sinejki Paszy, chrześcijanina. On ofiarował go gminie koptyjskiej jako dar bezcenny. Na oślepiająco białych ścianach, okalających dziedziniec, liście palmowe i pieprzowe kładą delikatne, ostro wyrzeźbione cienie. Lecz delikatniejszą od nich rzeźbą przeświecają drewniane balkony i okna. W wielkich licznych salach majolikowe fontanny biją ku stropom rzeźbionym, malowanym, drążonym, mrocznym, migoczącym, cudownym. W oknach, zaplecionych misterną siatką drzewa, witraże z barwionych kryształów. W ich czarodziejskiem półświetle, w nastroju siejącym się z kasetonowych podniebień, rzniętych nieznaną dziś sztuką, majaczą gęsto porozstawiane, prastare obrazy, minjatury, ołtarzyki, papirusy z IV wieku, sprzęty, rzeźby i najstarsze na świecie strzępki Pisma św. Najstarsze z widzialnych dla oczu, lecz nie najstarsze pono z istniejących. Legenda — nie legenda — powiada, że gdy osławiony grabieżca, pastor Tattam jął w XIX wieku wykupywać podstępnie zabytki koptyjskie, wywożąc je do Londynu, — rozgniewany patrjarcha zebrał najstarsze pamiątki i zamurował w nieznanej nikomu sali, gdzie pozostają dotychczas. Słuchamy legendy z szacunkiem, choć złośliwi podają jej wiarogodność w wysoką wątpliwość. Zresztą kto wie, czy nie bardziej przykuwające od najstarszych bodaj przedmiotów kultu — są zebrane w osobnej sali skorupki, służące niegdyś do prywatnej korespondencji. Listy sprzed dwu tysięcy lat. Życie samo w sobie skamieniałe, utrwalone na glinianej powierzchni, jak mucha w bursztynie. Odczytywanie ich rozbudza tak dobrze znane, tylekroć odczuwane trwożne zachwycenie, stwierdzające, że nic się nie zmienia i że człowiek jest wieczyście taki sam. Czyż listy owe, zapowiadające opóźnione przyjście, wizytę lekarza, rychłe zapłacenie długu, lub naznaczające schadzkę — (czekaj mnie, miła, w porcie w Aleksandrji) nie mogły być pisane wczoraj? Czy nie obracają się w tym samym, jakże ciasnym, kręgu naszych obecnych zainteresowań, zwykłym deptaczku ludzkich trosk, kłopotów i miłosnych zabiegów?
||