||
Darmowe Pozycjonowanie

Sala za salą

Sala za salą ciągną się długim szeregiem, potęgując wrażenie kroczenia we śnie. Kominki z porcelany, kominki wysadzane masą perłową, stropy o kształcie kopuł, całe prześwietlające witrażami i rzeźbą, stropy obłe z latarnią pośrodku. Sprzęty wykładane pożółkłą kością słoniową, dzbany damasceńskie i świeczniki z prastarego szkła, cenione na pół miljona złotych każdy, tkanina z trzeciego wieku z głową Chrystusa, gobelin z IV wieku przedstawiający Wiarę, Nadzieję i Miłość, smok lampa, z szeregiem lampeczek na grzbiecie, — pokryte klejnotami prastare ikony. Chciwe na bakczisz, ubogie dziedzice tych wspaniałości, czarne milkliwe Kop ty snują się w barwistym mroku. Kościół ich, datujący z III wieku, jeden z najstarszych kościołów chrześcijańskich na świecie, leży o parę kroków od muzeum. Posiada ściany z ciemnego drzewa, wykładane całkowicie gęstą koronką z kości słoniowej, o złotniczej subtelności i ozdobie wykonania. Podłogę i ławy zaścielają kilimy z niebarwionej wełny, brunatnej, białej i czarnej, o wzorach bliźniaczo do naszych podobnych. Najozdobniejsza szczytowa ściana zasłania ołtarz, według obrządku koptyjskiego ukryty przed oczami wiernych. Nikt nie śmie widzieć grubego „abuny" (abuna — ojciec nasz) w ciągu jego trzygodzinnego obcowania z Bogiem. Pozostawieni sami sobie w kościele, wierni zachowują się dość niesfornie. Zajmujący ławy mężczyźni czytają gazety, palą, kłócą się lub kupczą. Oddzielone od nich, zamknięte jak mniszki za gęstą kratą na chórze, kobiety piskliwie jazgoczą, aż drży przedziwna szkatuła z hebanu i kości słoniowej, jaką jest prastary kościół. Zresztą nabożeństwo raz po raz ulega przerwom. Oto wkracza stary i brudny Arab, sprzedawca wina w pękatych gliniankach. Wywołują abunę z je go Sacrosanctum. Wśród nieodłącznych przy wschodnim targu wymyślali kapłan nabywa dwie butelki, chowa je w kieszeni, ukrytej w fałdzistej szacie, i zadowolony powraca do modłów. Niebawem nadchodzą turyści. Z bezceremonjalnością, właściwą ludziom na obczyźnie, chcą zwiedzić kościół, nabyć pocztówki. Abuna spiesznie wychodzi. Za niewielką opłatą, pod porozumiewawcze-mi spojrzeniami wiernych, wprowadza przybyłych za ścianę, kryjącą ołtarz. Niema tam zresztą nic szczególnie godnego uwagi. Wnętrze kościoła jest bez porównania piękniejsze. Turyści odchodzą. Nabożeństwo dobiega końca. Święte drzwi otwierają się szeroko, abuna ukazuje się w nich majestatyczny, podniosły, z dłońmi wprzód wystawione-mi, i oto cały tłum mężczyzn, beztrosko dotychczas spędzających czas na rozmowie albo drzemce, rzuca się ku wychodzącemu z fanatyczną fur ją, tłocząc się wzajem i depcząc, usiłując ucałować wyciągniętą dłoń księdza. Na tem polega bowiem nabożeństwo koptyjskie. Abuna po modlitwie ma dłonie pełne łaski. Ocieka ona z nich, spływa na tego, kto się ich ustami dotknie. Szczęśliw, kto zdoła szybciej się docisnąć, zebrać łaski jak najwięcej. Bezgrzeszny powróci do siebie. Niedopuszczane na dół do kościoła kobiety muszą się zapewne zadowolnić ucałowaniem w domu ręki uświęconych mężów. W podziemiach kościoła znajduje się mała, sczerniała od wieku krypta, rzadko zwiedzana przez turystów. To grota, w której według niezmiernie starożytnej legendy Najświętsza Panna, przybywszy do Egiptu, znalazła chwilowe schronienie. Rokrocznie, w czasie przybrania Nilu, woda zalewa ją do połowy wysokości. Ściany są okopcone od pochodni, całość zaniedbana, i boleśnie jest wyobrazić sobie na tem tle więziennem najwyższą na świecie Inkarnację Piękna i Czaru. Niegdyś, gdy Kościół był jednością, niepodzieloną jeszcze na rozliczne kulty, grota otaczana była opieką i czcią. Świadczą o tem prześlicznie rzeźbione niskie kolumienki, podpierające spękane skalne sklepienie. U szczytu schodków, wiodących z krypty na górę, gruby dobroduszny abuna stoi z tacką w ręku. Zażywną postacią zasłaniając przejście, potrząsa wymownie tacką, patrzy z nietajonem rozczarowaniem, jak zamiast spodziewanych dolarów padają dziurawe piastry. Pątniczka, zwana popularnie „ciotką", suwa z niezadowoleniem nogami obutemi w filcowe śniegowce. - Nie żałowałabym ci, dziadu zatracony, chacharze, — mamrocze gniewnie — żebyśta o tą jamkę lepiej dbały. Matka Boska nieboraczka tam siedziała, a brudno jak w kominie. Tfu! W odpowiedzi abuna uśmiecha się uprzejmie, potrząsając energiczniej tacką. Szeroka jego twarz wyraża roślinny spokój i niezdolność myślowego wysiłku. Jakoż na podobieństwo maronitów, nestorjanów i innych odcieni staro chrześcijaństwa, Kopci dawno zatracili rzeczywistą, czujną i czynną wiarę. Zakrzepli w formach sprzed dwu tysięcy lat, zabagnionych naleciałościami innych wiar, zwłaszcza islamu, pozbawieni inteligencji duchownej, pozostali na mieliźnie, jak odrzucona przez prąd pusta muszla, co zachowała z morza tylko szum.

||