||
Darmowe Pozycjonowanie

Przygniata, oszałamia

Przygniata, oszałamia, przeraża. Nie wiedzieć, co godniejsze podziwu. Szlachetność materjału traktowanego z rozrzutnością niepojętą dla nas, nowoczesnych dziadów, czy doskonałość artystyczna techniki, nieomylny umiar oka? Liczni stróże kręcą się wokół, patrząc na turystów spodełba. Do głównej sali, tej, gdzie złożono najdroższe przedmioty, nie wpuszczają więcej osób naraz niż dziesięć. Cóż dziwnego? Tyle złota, odgrodzonego zaledwie kruchem, cienkiem szkłem. Zdarzało się podobno, że ludzi chwytał tu obłęd. Chwiali się na nogach półprzytomni, odurzeni, oszołomieni. Złoto, złoto! Tyle złota! Wydziedziczony właściciel tych skarbów leży samotny w lochu muzealnym w stalowej trumnie, z której wypompowano powietrze, pośród innych członków tej samej dynastji. Nieprzerwany szereg ciekawych skupia się na górze wokół jego szczerozłotej trumny o kształcie ciała, tej pierwszej z trzynastu, co bezpośrednio ochraniała mumję, i wokół złotego sobowtóra zwanego Ka, postaci identycznej ze zmarłym. Jak wątłym, jak rachitycznym był ten potężny władca! Szczupłe ramionka, zapadnięta pierś, cienka szyja, wystające z lekka kości policzkowe, zadarty nosek, smutne oczy chorego dziecka i ponad czołem święty wąż Ureus, i ponad nim olbrzymia, jakże ciężka, korona obu złączonych Egiptów, tiara, z papirusów i lotosów złożona. Złoty odlew nie rozprasza wrażenia współczucia dla tej słabizny. Biedny mały Tutankhamen! Pośród nieprzeliczonych złotych rękawiczek, amuletów, napierśników — coś brunatnieje, co nie jest ani złotem, ani emalją, ani drogocennym kamieniem. Pęczek kobiecych włosów, ciemnych włosów Egipcjanki. To żona, której zawiłe, wielosylabowe imię znaczyło: „mojem życiem Słońce", położyła je na piersiach zmarłego przed ostatecznem spowiciem. I ten gest tkliwości ludzkiej, tak zrozumiały i bliski, zgłaszający poprzez wieki swoją identyczność z nami, sprawia, że nagle zaczynamy interesować się już nie złotem, nie pośmiertnem wianem królewicza, lecz nim samym. Zresztą pole jest wdzięczne i nie potrzeba uciekać się do fantazji. Jak wspomniano, Egipcjanie namiętnie lubili spisywać wszystko, co ich dotyczyło, miljardy mrówek hieroglifów pokrywały ściany świątyń, a dzisiejsi uczeni odczytują je z równą łatwością, jak numer Timesa lub Tempsa. Wiemy zatem, że ten królewicz z bajki, o szatach tkanych przez wróżki, był następcą, zięciem, dziedzicem wielkiego reformatora religijnego Akhnatona, co obalił kult Ammona i potęgę kasty kapłańskiej, — stolicę obu Egiptów przeniósł z Teb do Tell-Amarna i wyśpiewał na cześć boga swego, Słońca, hymn dorównujący pięknością i polotem psalmom Dawidowym. I wiemy, że szczupły osiemnastola-tek okazał się zbyt słabym, by wielkie dzieło poprzednika utrzymać i nadal prowadzić. Przynaglany przez kapłanów wrócił do starej, strupieszałej formy wiary. Kult Ammona został uroczyście przywrócony. A po świetnych ceremonjach, oddających powalonemu bożkowi cześć poprzednią, młody faraon zmarł nagle. Pono zwycięscy kapłani struli powolnego młodzianka, w obawie by się z niewczesnego posłuszeństwa nie ocknął. Dla odwrócenia od siebie uwagi sprawili mu piękny pochówek, słaba nagroda za krótkie, niewesołe życie. Czy zresztą potrzebna była istotnie trucizna? Czy do śmierci wątłego chłopca nie mógł wystarczyć sam fakt wymuszonego odstępstwa, poczucie własnej słabości, przejście z radosnego, swobodnego życia w wyzwolonem spod władzy kapłanów Tell-Amarna, do ponurych Teb, gdzie każdy ruch, każde spojrzenie musiało być hieratycznem i prze-pisowem? Wśród uroczystej pompy pośmiertnego wiana, jak zabłąkany uśmiech odległych, choć tak niedawnych czasów reformacji, uderza jeden z obrazów pozbawiony obrzędowej sztywności, na którym Faraon przedstawiony jest w myśl postulatów zmarłego reformatora, jak zwykły człowiek. Na obrazie tym młodziutka żona Tutankhamena podaje mężowi kwiaty ruchem pełnym wdzięku. Młodzieńcza, wdzięczna, w białej plisowanej szatce, zostałaby wieczyście w pamięci potomnych z tym rzewnym gestem kwiatów podanych żywemu mężowi, włosów rzuconych na trumnę zmarłemu, — gdyby nie dalsza niedyskrecja uczonych, która w bogatych wykopaliskach Tell-Amarna znalazła tabliczkę dyktowaną skrybie przez Mojem życiem Słońce w parę dni po śmierci męża. Z głębi surowej, obrzędowej żałoby młoda wdowa poleca jednemu z podlegających Egiptowi władców Wschodu, by przysłał jej którego ze swych synów na męża, wybierając silnego i zdrowego barki. I czyż można zbytnio potępiać Mojem życiem Słońce, że zatęskniła do silniejszych ramion? Błąkającego się po salach wielkiego muzeum pielgrzyma uderzyć musi po pewnym czasie jedna rzecz, dziwniejsza i ważniejsza ponad wszystkie. Oto poczucie potrzeby usprawiedliwienia s i ę, przenikające każdego z tych ukoronowanych Ureusem i podwójną tiarą obu złączonych Egiptów — gigantów. Byli uważani za bóstwo.

||